piątek, 10 sierpnia 2018

Usd/try

Lira turecka szaleje ... Piekny zarobek. Wlasnie zaksiegowany 500% przy dzwigni 1:20



niedziela, 29 lipca 2018

Pozdrowenia z Druskiennik

Szczęście

Miał miliony i wszystko stracił. Dziś wiedzie żywot pustelnika

Mieć fortunę, a potem w jednej chwili stracić wszystko? Życie napisało podobnych historii aż nadto. Jedni w takich sytuacjach się załamują, bywa, że odbierają sobie życie. Jeszcze inni postanawiają rozpocząć wszystko od nowa. David Glasheen poszedł inną ścieżką - zaczął wieść życie pustelnika.
Pieniądze to nie wszystko, ale bez nich żyć się nie da. W szczególnie trudnej sytuacji znajdują się ludzie, którzy mieli ich w bród. Do bogactwa łatwo się przyzwyczaić. Rezygnacja z wysokiej stopy życiowej przychodzi zaś bardzo trudno. Tuż po wydarzeniach z 24 października 1929 r., gdy miało miejsce załamanie na nowojorskiej giełdzie, a które przeszło do historii jako "czarny czwartek", w Stanach Zjednoczonych miała miejsce fala samobójstw. Niektórzy w chwili wybuchu Wielkiego Kryzysu stracili oszczędności życia, inni w krótkim czasie potracili wielkie fortuny. Nigdy wcześniej ani nigdy później tak wielu ludzi - w tak krótkim czasie - nie odebrało sobie życia. Niektórzy woleli umrzeć niż żyć w biedzie. Jeszcze inni nie mogli pogodzić się z tym, że będą musieli się rozstać z luksusami, do których tak łatwo przywykli.

Ale potężne załamanie rynku przyszło też w 1987 r. Jedną z jego ofiar stał się David Glasheen. Mieszkaniec Australii w latach 80. XX wieku stał na czele konsorcjum działającego w branży wydobywczej. Zarobione w ten sposób pieniądze chętnie inwestował. Udało mu się zgromadzić fortunę wycenianą na ponad 28 milionów dolarów. Za pomnożone pieniądze nabywał m.in. nieruchomości. W wyniku kryzysu Glasheen stracił ponad 7 milionów dolarów, większość pozostałych pieniędzy roztrwoniła jego żona. Jak sam wspomina, w 1993 r. nie miał już właściwie nic. Stracił nie tylko pieniądze, ale też rodzinę. Wtedy jeszcze nie wiedział, ale był to dla niego początek zupełnie nowego życia.

Jeszcze w tym samym roku poznał pochodzącą z Zimbabwe kobietę, która podobnie jak on znalazła się na rozdrożu. Wkrótce oboje zaczęli snuć wspólne plany. W tym samym czasie znajomy Davida zaprezentował mu interesującą ofertę dzierżawy działki na Restoration Island - pięknej, nieskalanej cywilizacją wyspie położonej u wybrzeży Australii. Mężczyzna skorzystał z okazji i wydał ostatnie oszczędności. Wraz z poznaną niedawno kobietą urządził się nieopodal plaży. Oboje też zaczęli snuć plany na przyszłość. Zgodnie z założeniami, w niedalekiej przyszłości chcieli stworzyć na dziewiczej wyspie ośrodek wypoczynkowy - poinformował magazyn "Vice". Wkrótce z tymi planami pozostał sam. Kobieta, która wydawała się jego bratnią duszą, zrezygnowała z życia na wyspie. Szybko okazało się, że będzie musiał też zrewidować swoje marzenia, związane z budową luksusowego ośrodka wczasowego. Wszystko przez rdzenną ludność wyspy, która stanowczo sprzeciwiła się jego planom. Były milioner musiał w końcu ustąpić.
Choć Aborygeni postawili na swoim i nie dopuścili do tego, by David przystąpił do realizacji swoich planów, nie udało im się wykurzyć go z wyspy. Choć były krezus przywykł do zupełnie innego życia, odnalazł na wyspie to, czego zawsze szukał - spokój. Zaczął też wkrótce upodabniać się do tubylców. Dziś już w niczym nie przypomina bogatego przedsiębiorcy. Na jego twarzy porasta długa, siwa broda, dawno temu porzucił też eleganckie garnitury i koszule. Cały czas mieszka w usytuowanej przy plaży chatce. Dziś jest szczęśliwy, choć nie do końca. W wywiadach przyznaje, że bardzo brakuje mu towarzystwa kobiety. Mało która byłaby jednak gotowa, by pójść za nim na wyspę. Na razie blisko 70-letni mężczyzna musi się pogodzić z tym, że w jego życiu na stałe jest tylko wierny pies Quasi oraz manekin. Jak przyznaje pustelnik z tropików, wykorzystuje lalkę do tego, by wywołać współczucie u kobiet, z którymi randkuje przez internet. Na razie jego zabiegi nie przyniosły oczekiwanych rezultatów. Czasami żartuje, że jego jedyną
nadzieją jest to, że woda pewnego dnia wyrzuci na brzeg syrenę. Niczego jednak nie żałuje. - To fantastyczne miejsce. Jestem szczęśliwym gościem, że mogę tu być - mówi.
No właśnie, a propos prób znalezienia partnerki przez internet, warto dodać, że David nie jest całkowicie odcięty od cywilizacji. Korzysta z wielu zdobyczy, do jakich przyzwyczaili się ludzie w XXI wieku. Wciąż próbuje też swoich sił na giełdzie, choć teraz traktuje to bardziej hobbystycznie, jako dobrą zabawę, a nie jako sposób na dorobienie się fortuny. Jego zdaniem, inwestowanie w papiery wartościowe to wciąż najlepszy sposób na zarobienie dużych pieniędzy w krótkim czasie. Dodaje, że gdy gra się na giełdzie, popełnianie błędów jest nieuniknione, ale nawet starzy wyjadacze powinni zachować pokorę. Jemu samemu giełda dała miliony, a potem je odebrała. Teraz stara się jednak nie myśleć o tym, co stracił, ale o tym, co zyskał dzięki temu, że trafił na odludzie.
- Wiele się nauczyłem. Zacząłem doceniać to, co jest naprawdę ważne - zaufanie, szczerość, szacunek. Proste rzeczy. Nauczyłem się, że można w życiu robić wiele rzeczy, mając bardzo niewiele - powiedział David Glasheen.

Plany na przyszłość? David na razie nigdzie się nie wybiera. Choć kilkadziesiąt lat temu było to dla niego nie do pomyślenia, dziś odpowiada mu żywot pustelnika, który uprawia własne owoce i warzywa i żyje dzięki temu, co uda mu się złowić. Ba! Warzy nawet swoje własne piwo. Jego historia jest też łakomym kąskiem dla dziennikarzy z całego świata, którzy często pojawiają się na wyspie, by poznać jego opowieść. Artykuły poświęcone współczesnemu Robinsonowi Crusoe, jak ochrzciły go media, pojawiły się już w takich tytułach, jak "Vice", "The Daily Telegraph" czy "Daily Mail". Ale jego gośćmi są nie tylko dziennikarze. Mężczyzna chwali się tym, że pewnego razu na kolacji gościł u niego sam Russel Crowe.
Zapytany o to, czy pozostanie na wyspie, odpowiada: - Nie mam pojęcia. Na razie żyję tutaj, a jutro mogę być martwy.

poniedziałek, 16 lipca 2018